„Mam słabą technikę biegu" — słyszę to w gabinecie kilka razy w tygodniu, najczęściej od kogoś, kto przeczytał o tym w internecie i już sam wydał na siebie wyrok. Prawie zawsze odpowiadam pytaniem: a skąd właściwie wiesz? Bo na technikę biegu składa się wiele nawyków ruchowych. Część z nich warto szlifować, część spokojnie zostawić, a jednej „prawidłowej pozy", którą się albo ma, albo nie, tu po prostu nie ma.

Wokół tego tematu narosło więcej mitów niż wokół jakiegokolwiek innego elementu biegania. Jedni mówią, że trzeba lądować na śródstopiu, inni że stopa sama wie najlepiej, jeszcze inni sprzedają „jedyną słuszną" metodę za kilkaset złotych. Chcę to trochę uporządkować: pokazać, co rzeczywiście da się poprawić, co naprawdę wpływa na ryzyko urazu, a kiedy lepiej niczego nie ruszać.

Nie ma jednej idealnej techniki

Zacznijmy od rzeczy, której nie usłyszysz od sprzedawcy kursu. Ludzie różnią się budową miednicy, długością kości, ruchomością stawów, siłą mięśni. Sylwetka, która jest naturalna dla jednego biegacza, u drugiego skończyłaby się bólem. Nie istnieje wzorzec, do którego mielibyśmy wszyscy dążyć.

Najlepszym dowodem są zawodowcy. Wystarczy obejrzeć finał maratonu czy biegu na 10 000 metrów: sami najlepsi ludzie na świecie, a każdy biegnie trochę inaczej. Jeden ledwie odrywa stopy od bieżni, drugi wyrzuca pięty wysoko w tył, ktoś biegnie wyprostowany jak struna, ktoś z lekkim pochyleniem. Gdyby istniała jedna idealna forma, dawno by ją wszyscy skopiowali. Nie skopiowali, bo jej nie ma.

Kiedy więc ktoś pyta mnie „jak powinno się prawidłowo biegać", odpowiadam, że to złe pytanie. Lepsze brzmi: czy w Twoim biegu jest coś, co Cię obciąża albo kosztuje energię bez potrzeby. Bo poprawiamy konkretne elementy u konkretnej osoby, a nie dopasowujemy żywego człowieka do rysunku z podręcznika.

Kadencja, czyli to, co naprawdę warto sprawdzić

Jeśli miałbym wskazać jeden parametr techniki, od którego zaczynam najczęściej, to kadencja, liczba kroków na minutę. Łatwo ją zmierzyć i, co ważne, łatwo ją świadomie zmienić, w przeciwieństwie do większości innych nawyków.

Sporo biegaczy amatorów, których nagrywam, kręci się w okolicy 155–165 kroków na minutę. Krążąca po sieci „magiczna" liczba 180 to nieporozumienie; wzięła się z obserwacji elity na zawodach i nie jest celem sama w sobie. Liczy się co innego: biegacz, który stawia długie, wolne, ciężkie kroki, ląduje stopą daleko przed sobą i hamuje się przy każdym zetknięciu z podłożem. To właśnie to hamowanie obciąża kolano i biodro.

Delikatne skrócenie kroku przy lekkim podniesieniu kadencji potrafi w takiej sytuacji odciążyć staw, czasem zauważalnie. Podkreślam: delikatne. Widziałem biegaczy, którzy po przeczytaniu o magii 180 forsowali drobny, dreptaczący krok, dorabiali sobie spięcie łydek i zaczynali kuleć po tygodniu. Pięć, może osiem procent w górę, nie więcej, i tylko wtedy, gdy faktycznie jest powód. Zdrowy bieg w spokojnym rytmie zostawiamy w spokoju.

Lądowanie — pięta kontra śródstopie

Żaden temat nie wywołuje tylu sporów co sposób lądowania. Forów internetowych można się naczytać, że lądowanie na pięcie to grzech główny biegacza. To nadmierne uproszczenie.

Większość biegaczy amatorów ląduje na pięcie i nie ma w tym nic z gruntu złego. Problem nie polega na tym, którą częścią stopy dotykasz ziemi, tylko gdzie ta stopa ląduje względem reszty ciała. Jeśli stawiasz ją daleko z wyprostowanym kolanem, hamujesz się i wbijasz wstrząs prosto w staw — i wtedy rzeczywiście robi się ryzykownie. Jeśli stopa ląduje blisko pod biodrem, lekko ugięta w kolanie, to czy dotknie najpierw pięta czy śródstopie, ma znaczenie drugorzędne.

Przesadne przestawianie się na przodostopie też ma swoją cenę. Przenosi obciążenie z kolana na łydkę i ścięgno Achillesa. U kogoś, kto całe życie biegał z pięty, taka zmiana z dnia na dzień to prosta droga do zapalenia ścięgna. Trafiło do mnie kilku takich biegaczy — przeczytali, że „trzeba" lądować na śródstopiu, przestawili się w weekend i po dwóch tygodniach nie mogli stanąć na palcach. Ciało potrzebuje miesięcy, żeby zaadaptować tkanki do nowego rozkładu sił.

Sylwetka i praca ramion

Górna połowa ciała robi w bieganiu więcej, niż się wydaje. Najpierw patrzę na sylwetkę. Pomaga lekkie pochylenie całego ciała do przodu, prowadzone od kostek, tak jakby ktoś delikatnie ciągnął biegacza za mostek; zgięcie w pasie albo odchylenie do tyłu daje odwrotny skutek, bo zamyka klatkę i utrudnia oddech. Potem ramiona. Powinny pracować luźno wzdłuż ciała, mniej więcej do przodu i do tyłu. Kiedy biegacz przerzuca dłonie w poprzek tułowia, miednica skręca się za nimi, a energia ucieka w bok zamiast napędzać go do przodu.

Najczęstszy grzech, jaki widzę pod koniec dłuższego biegu, to napięte, podciągnięte pod uszy barki. Spina kark, marnuje siły i nijak nie pomaga nogom. Czasem cała korekta sylwetki sprowadza się do jednego przypomnienia w trakcie biegu: opuść ramiona, rozluźnij dłonie. Drobiazg, a po kilku kilometrach robi różnicę.

Kiedy w ogóle zmieniać technikę

Tu chcę być wyraźny, bo to najważniejsza część całego tekstu. Jeśli biegasz regularnie, nic Cię nie boli i jesteś zadowolony ze swoich czasów, najprawdopodobniej nie musisz zmieniać niczego. Powtórzę, bo to wbrew temu, co krzyczy pół internetu: brak bólu i stabilna forma to sygnał, że Twoje ciało dobrze sobie radzi z tym, jak biegasz.

Za zmianą zwykle stoi konkretny problem. Czasem to powtarzający się uraz — ból, który znika i wraca w tym samym miejscu, bo coś w Twoim wzorcu ruchu regularnie przeciąża tę samą strukturę. Czasem bieg jest po prostu nieekonomiczny: męczysz się szybciej, niż wynikałoby z Twojej kondycji, i czujesz, że energia gdzieś ucieka. W obu przypadkach warto zajrzeć głębiej; więcej o samych urazach napisałem w osobnym tekście o najczęstszych kontuzjach biegowych.

I jeszcze jedno, czysto praktyczne: technikę zmienia się powoli i tylko jeden element naraz. Mózg potrzebuje czasu, żeby nowy wzorzec stał się automatyczny. Próba przebudowy wszystkiego w miesiąc kończy się tym, że biegniesz gorzej niż na starcie, sztywno i w napięciu, bo świadomie pilnujesz pięciu rzeczy jednocześnie.

Dlaczego sam siebie nie ocenisz

Cały kłopot z techniką polega na tym, że dzieje się za szybko. Jeden cykl kroku trwa krócej niż mrugnięcie okiem. Nie poczujesz, że Twoje kolano ucieka do środka ani że stopa ląduje pół metra przed biodrem; wszystko zlewa się w jeden ruch „biegnę". Stąd biorą się te wszystkie błędne autodiagnozy, od których zacząłem.

Dlatego zamiast zgadywać, warto raz zobaczyć siebie z boku w zwolnieniu. Na tym opiera się wideoanaliza biegu — kamera rejestruje Cię z kilku stron, a potem oglądamy nagranie klatka po klatce i widać czarno na białym, co robi stopa, kolano i biodro. Do tego dochodzi badanie funkcjonalne, bo wzorzec ruchu często wynika z deficytu siły albo ruchomości, a nie ze „złego nawyku". Jak całość wygląda krok po kroku, opisałem szerzej w tekście o tym, czym jest analiza biegu.

Trzymajmy się przy tym granicy: to ocena ruchu i edukacja, nie diagnoza medyczna. Jeśli masz ostry ból, opuchliznę albo coś, co nie wygląda dobrze, najpierw idź do lekarza. Korekta techniki ma zmniejszać ryzyko, a nie leczyć świeży uraz — i nikt uczciwy nie obieca Ci, że dzięki niej już nigdy się nie skontuzjujesz. Da się to ryzyko realnie obniżyć. Do zera nie zejdzie.

Bieganie naprawdę jest jednym z najprostszych sportów: wkładasz buty i ruszasz. Tyle że ten sam ruch powtarzasz tysiące razy w jednym treningu, więc każdy drobny nawyk mnoży się przez ogromną liczbę. Nie warto zatem przebudowywać tego, co działa, ale warto raz na jakiś czas spojrzeć na własny krok z dystansu, najlepiej cudzymi, wprawionymi oczami.

Tomasz Świderski, fizjoterapeuta Run Fitting Na co dzień pracuję z biegaczami — od początkujących po startujących w maratonach. Poznaj zespół Run Fitting.

Sprawdź swoją technikę, zamiast zgadywać

Zamiast czytać kolejne sprzeczne porady, zobacz, jak naprawdę biegniesz. Wideoanaliza w Run Fitting to kilka kamer, badanie funkcjonalne i konkretne wnioski — co warto u Ciebie poprawić, a co zostawić w spokoju.

Umów wideoanalizę Kup voucher